Simon Sinek on Millenials in the Workplace
6 stycznia 2017
Simon Sinek o Millenials w miejscu pracy. Poniższy tekst jest luźnym tłumaczeniem wywiadu nagranego z Simonem Sinekiem:
Millenials to osoby urodzone po 1984 roku. Trudno się nimi zarządza. Prześmiewcy zarzucają im, że "mają prawo". Są narcystyczni, zajęci sobą, nieskoncentrowani, leniwi. Ale to, że "mają prawo" zdaje się być najważniejszą cechą. I ponieważ mają na tyle siły, żeby zdezorientować swoich szefów, szefowie zaczynają ich pytać: "no dobra, czego chcecie?" Oni zaś odpowiadają: "chcemy pracować w miejscu, które coś znaczy". Chcą mieć wpływ i zostawić ślad - cokolwiek to znaczy. "Chcemy jedzenia za darmo i poduszek z grochem". Tak właśnie definiują "mieć wpływ". I z jakiegoś powodu wciąż nie są zadowoleni, nawet jeżeli szefowie dają im te rzeczy.
A wszystko można wyjaśnić poprzez cztery problemy:
- Wychowanie,
- Technologia,
- Brak cierpliwości,
- Otoczenie.
Millenials są ofiarami nieudanych strategii wychowawczych. Wmówiono im, że są wyjątkowi. Ciągle powtarzano im, że mogą mieć wszystko, i to tylko dlatego, że tego chcą. Niektórzy z nich dostali się do klas dla uzdolnionych uczniów nie dlatego, że rzeczywiście się do tego nadawali, ale dlatego, że ich rodzice wywierali presję na szkole. Niektórzy dostawali dobre oceny nie dlatego, że dobrze się przygotowali do egzaminu, ale daltego, że nauczyciel nie chciał mieć problemów z niezadowolonymi nauczycielami. Dzieciaki zaczęły dostawać "medale za uczestnictwo", a nawet medale za bycie najgorszym. Wiemy natomiast z badań, że takie medale obniżają wartość prawdziwych nagród, które promują ciężką pracę. A ci, co są najgorsi, też czują się zawstydzeni, czują się nawet gorzej niż bez medalu.
Ci ludzie kończą szkoły i potem idą do pracy.
W prawdziwym świecie okazuje się jendak, że nagle nie są najlepsi czy wyjątkowi, mama nie może załatwić im awansu, niczego nie dostają za bycie ostatnim, a poza tym nie możesz nic dostać tylko dlatego, że bardzo tego chcesz. I nagle cały ich obraz siebie zostaje rozbity. W wyniku tego mamy całe pokolenie, które wchodzi w dorosłość z obniżoną samooceną.
Drugą stroną tego problemu jest to, że żyjemy w ściecie Facebooka i Instagramu, tj. nakładamy na wszystko filtry, które służą temu, żeby pokazać wszystkim, że życie jest NIESAMOWITE, choć tak na prawdę jestem w depresji. Ale wszyscy brzmią twardo, zdają się, że mają wszystko "obcykane". A prawda jest taka, że raczej bardzo mało jest ludzi, którzy rzeczywiście czują się silni i wiedzą, o co chodzi.
Więc gdy managerowie pytają, co powinniśmy zrobić, odpowiedź millenialsów jest stanowcza, zdecydowana i wygłoszona pewnym głosem: to, to i to. A prawda jest taka, że są zagubieni i nie mają pojęcia.
To nie jest jednak ich wina. Źle się z nimi obchodzono.
Teraz pomówmy o technologi.
Wiemy, że media społecznosciowe i nasze telefony wyzwalają w naszych organizmach substancję, która nazywa się dopamina. Dlatego wtedy, gdy dostajesz wiadomość, czujesz się fajnie. Każdy czasami ma się gorzej, trochę samotnie, więc wysyłasz 10 wiadomości do 10 znajomych mówiąc "cześć", "cześć", "cześć", bo gdy dostaniesz odpowiedź, czujesz się lepiej. Właśnie dlatego lubimy "lajki", dlatego wracamy na Facebooka 10 razy żeby zobaczyć komentarze, a jeżeli post na Instagramie nie zostaje zauważony, zaczynamy się zastanawiać, czy zrobiłem coś nie tak? Czyżby ludzie przestali mnie lubić?
Dla dzieciaków usunięcie z listy znajomych może być prawdziwą traumą.
A wiecie, dopamina to ta sama substancja, która się wydziela w czasie palenia, picia i wtedy, gdy uprawiamy hazard. Innymi słowy, jest bardzo uzależniająca.
Picie, palenie i gry hazardowe są objęte prawnym ograniczeniem dostępu dla młody ludzi. Nie ma natomaist żadnych ograniczeń na telefony komórkowe i media społecznosciowe. To tak, jakbyśmy otworzyli barek i powiedzieli do naszych nastolatków: "hej, jeżeli masz problemy wieku dojrzewania, zapraszamy!". A to właśnie się dzieje.
Mamy całe pokolenie, które ma dostęp do uzależniającej, otępiającej substancji, jaką jest dopamina, wyzwalana dzięki i przy użyciu mediów społecznościowych wtedy, gdy przechodzą przez stres związany z wiekiem dojrzewania.
Każdy alkoholik odkrył alkohol w wieku nastoletnim. Gdy jesteśmy małymi dziećmi potrzebujemy potwierdzenia naszej wartości tylko od naszych rodziców. Gdy przechodzimy natomiast przez dojrzewanie, wchodzimy w etap życia, gdy potrzebujemy być doceniani także przez naszych rówieśników. Ten okres może być bardzo frustrujący dla rodzica, ale dla każdego dorastającego człowieka jest to bardzo ważny etap, w którym przechodzimy akulturację w środowisku innym niż nasz dom i bezpośrednia rodzina. Jest to trudny okres w życiu każdego człowieka, dlatego że musimy się nauczyć polegania na naszych znajomych. Niektórzy całkiem przypadkiem odkrywają alkohol i kojące właściwości dopaminy, które wykorzystują do radzenia sobie ze stresem i niepokojem.
Takie warunkowanie sprawia, że mechanizm utrwala się w mózgu na resztę życia. I gdy będą napotykali w życiu stresującą sytuację, nie zwrócą się do przyjaciela, ale sięgną raczej po butelkę. Napięca w relacjach, presja finansowa, kłopoty z karierą, to są główne sytuacje, w których alkoholik pije.
To, co się dzieje przy pomocy telefonów i mediów społecznościowych, to takie samo warunkowanie. Gdy ci ludzie stają się dorośli okazuje się, że mają kłopot z budowaniem głębokich i trwałych relacji. To nie moje słowa, oni sami twierdzą, że ich przyjaźnie są płytkie. Powiedzą, że nie polegają na swoich znajomych, nie mogą na nich liczyć. Mogą się z nimi świetnie bawić, ale wiedzą też, że jeżli pojawi się jakaś lepsza okazja czy impreza, spotkanie można odwołać w każdej chwili sms-em. Głębokie przyjaźnie się nie tworzą, bo ludziom brakuje ćwiczenia umiejętności społecznych, a co gorsza, nie mają mechanizmów do radzenia sobie ze stresem.
Gdy w ich życiu pojawia się znaczący stres, nie zwracają się do drugiego człowieka, ale do urządzenia w kieszeni, do mediów społecznosciowych, które oferują natychmiastowe ale też krótkotrwałe ukojenie.
Wiemy doskonale z badań, że ludzie spędzający więcej czasu korzystając z mediów społecznościowych częściej chorują na depresję. Nie chodzi o to, że alkohol jest zły, tylko nadmiar jest szkodliwy. Hazard to zabawa, ale jeżeli gra się zbyt długo, może się to okazać niebezpieczne. Nie ma absolutnie nic złego w mediach społecznosciowych, chodzi o nierównowagę.
Jeżeli siedzisz przy obiedzie ze swoimi znajomymi i wysyłasz wiadomość do kogoś, kogo tam nie ma, to jest to przejaw problemu. To uzależnienie. Jeżeli siedzisz na spotkaniu z ludźmi, których powinieneś słuchać i z nimi rozmawiać, ale kładziesz telefon na stole, wszystko jedno czy ekranem do góry czy ekranem do dołu, to jest to wysłanie podświadomego sygnału do wszystkich zgromadzonych: nie jesteście dla mnie tak ważni. Dokładnie tak się dzieje. A to daltego, że jesteś uzależniony.
Jeżeli budzisz się rano i najpierw sprawdzasz coś w telefonie zanim powiesz dzień dobry do dziewczyny, chłopaka albo współmałżonka, oznacza to, że jesteś uzależniony. I tak jak ze wszystkimi uzależnieniami, ono zniszczy twój związek, będzie kosztowało dużo czasu i dużo pieniędzy i pogorszy jakość twojego życia.
Podsumujmy to, co dotychczas zostało powiedziane: mamy doczynienia z pokoleniem, które ma niską zamoocenę i brakuje mu mechanizmów radzenia sobie w sytuacjach stresowych.
Teraz dodajmy do tego natychmiastową gratyfikację. Jeżeli chcesz coś kupić, wchodzisz na Amazon.com i przesyłka przyjeżdża następnego dnia. Chcesz obejrzeć film - logujesz się na stronę i oglądasz, nie musisz sprawdzać w programie telewizyjnym, kiedy będą ten film pokazywać. Chcesz obejrzeć serial? Nie czekasz na kolejne odcinki emitowane co tydzień, oglądasz wszystkie ciurkiem po kolei. Znam ludzi, którzy nie oglądają serialu w czasie emisji, ale czekają do końca roku, żeby obejrzeć wszystkie odcinki za jednym zamachem.
Chcesz iść na randkę? Nawet nie musisz uczyć się jak podejść do dziewczyny, nie wiesz jak zmagać się z niepewnością, kiedy "nie" znaczy "nie", a kiedy "nie" znaczy "tak", wystarczy przeciągnąć w prawo i już. W ogóle nie musisz uczyć się radzenia sobie w sytuacjach społecznych. Wszystko, czego chcesz, możesz mieć od razu. Wszystko, z natychmiastową gratyfikajcą.
Z pewnymi wyjątkami. Zadowolenie z pracy. Szczęście w związku. Do tego nie ma jeszcze żadnej aplikacji. Buduje się je powoli, ze zmiennym szczęściem, a proces jest często przykry i chaotyczny.
Spotykam zatem te wspaniałe, cudowne, idealistyczne, mądre i pracowite dzieciaki tuż po szkole, które podejmują pierwszą pracę, i gdy siadam z nimi i rozmawiam, mówią mi: chyba zrezygnuję... Pytam ich wtedy: dlaczego? "Wydaje mi się, że nie jestem ważny, nie mam na nic wpływu" - odpowiadają. Ale byli tam raptem 8 miesięcy...
To tak, jaby stojąc u podnóża góry z tą ideą "wpływu", który chcą mieć w świecie, który wyobraża szczyt góry, ale w ogóle nie widzą samej góry. I wszystko mi jedno, czy idziesz szybko czy wolno. Ale wciaż masz przed sobą górę, na którą trzeba się wspiąć. To, czego musi się nauczyć to pokolenie to cierpliwość. Sprawy, które naprawdę są bardzo bardzo ważne, takie jak miłość albo satysfakcja z pracy, radość, zadowolenie z życia, pewność siebie, umiejętności, które się nabywa, cokolwiek tak naprawdę, wszystkie one wymagają czasu. Czasami można pójść jakimś skrótem, ale cała droga, w swojej długości, to wyczerpująca wędrówka, długa i trudna.
Jeżeli nie będziesz prosić o pomoc, jeżeli nie będziesz uczyć się społecznych umiejętności, spadniesz w przepaść. W najgorszym scenariuszu, i już widzimy ofiary tego procesu: wzrasta ilość samobójstw, niezamierzone przedawkowanie narkotyków, porzucanie szkół i wzrost nieobecności z powodu depresji - o czymś takim wcześniej się w ogóle nie słyszało. A w najlepszym razie mamy całe społeczeństwo, które nigdy nie znalazło prawdziwej radości w życiu. Nigdy nie przeżyją głębokiego spełnienia w życiu czy w pracy. Przedryfowanie w przez życie. "Jak było w pracy?" - "W porządku, tak jak wczoraj." - "A jak w związku." - "W porządku". To jest optymistyczny scenariusz!
A to prowadzi mnie do czwartego punktu. Mamy te fantastyczne, mądre dzieciaki, które niczego nie są tu winne, źle się z nimi obeszliśmy. Wkładamy te dzieciaki do korporacji, które troszczą się bardziej o liczby, niż o ludzi. Bardziej o krótkotrwałe zyski, niż życiowe cele pracowników. Troszczą się bardziej o rok budżetowy, niż o całe życie. Wysyłamy nasze dzieci do korporacji, które nie pomagają im zbudować pewności siebie, które nie uczą ich umiejątności potrzebnych do współpracy, nie pomagają stawić czoła wyzwaniom stawianym przez cyfrowy świat, znaleźć więcej równowagi, nie pomagają osłabić potrzeby natychmiastowej gratyfikacji, nie uczą radości z odciśnięcia swojego piętna dzięki ciężkiej pracy przez długi okres, coś, czego nie da się zrobić w miesiąc czy nawet w rok.
Wrzucamy ich więc do świata korporacyjnego i najgorsze w tym wszystkim jest to, że oni myślą, że problem tkwi w nich. Obwiniają siebie za to, że sobie nie radzą. To powoduje, że sytuacja jest jeszcze gorsza. Dlatego tu jestem i mówię im oraz wam, że to nie oni. To korporacje i całkowity brak dobrego przywództwa w naszym dzisiejszym świecie.
To jest teraz odpowiedzialność tych firm. Niestety, to było zadanie rodziców i społeczeństwa, ale one się nie prawdziły. Teraz czas na korporacje. Musimy pracować szczególnie ciężko, żeby odbudować ich poczucie własnej wartości, zbudować umiejętności społeczne, których im brakuje.
W salach konferencyjnych nie powinno być telefonów. I nie chodzi mi o czas, w którym jesteś na spotkaniu. Gdy ludzie czekają na rozpoczęcie, wszyscy bawią się telefonami. Nie ma miejsca na budowanie relacji. Relacje tworzą się tedy, gdy gadamy o drobnostkach. Gdy czekamy na rozpoczęcie spotkania i pytasz: "jak się miewa twój ojciec? wciaż w szpitalu?" - "tak, coraz lepiej, dzięki. Tak właściwie już go wypisali." - "cieszię się, to wspaniale" - "no tak, rzeczywiście momentami było groźnie". Tak tworzą się relacje! "Hej, dostałeś ten raport?" - "Cholera, na śmierć zapomniałem" - "Spoko, mogę Ci z tym pomóc". Tylko w ten sposób buduje się zaufanie. Zaufanie nie powstaje nagle, w ciągu jednego dnia. Nawet przejście razem przez jakieś trudne chwile nie tworzy zaufania od razu. Tylko stałe, ciągłe i konsekwentne działanie. I potrzeba nam stworzyć warunki, które to umożliwią. Ale gdy pozwalamy na telefony w salach konferencyjnych, każdy zamyka się w sobie.
Najgorsze jest, gdy siedzisz z kimś, kto ciągle sprawdza telefon w czasie rozmowy. A gdy telefon nagle zadzwoni, patrzy na ciebie i uspokaja: "teraz nie odbiorę". Cóż za wspaniałomyslność...
Ja, gdy wychodzę ze znajomymi z domu, zostawiam telefony. Może jedna osoba będzie miała telefon, np. po to, żeby zadzwonić po taksówkę. Albo żeby zrobić fotkę w restauracji - jestem idealistą, ale nie wariatem.
Tak jak z alkoholikiem - alkoholu nie możesz trzymać w domu. Po prostu nie możemy zaufać naszej silnej woli. Ta wola nie jest wystarczająco silna. Ale gdy usuniesz pokusę, okazuje się, że jest to znacznie prostsze. Gdy umówisz się, że nie używamy telefonów, ale każdy telefon ma przy sobie, wiesz co się będzie działo w toalecie: wyciągniesz telefon, żeby coś sprawdzić. Ale jeżeli nie masz telefonu, musisz cieszyć się chwilą. I też w ten sposób powstają nowe pomysły i idee. Ciągła stymulacja to nie jest środowisko, w którym możesz być innowacyjny. Idee pojawiają się wtedy, gdy nasze umysły krążą, kiedy się zastanawiasz. Ale gdy nie masz żadnej wolnej chwili, ciągle jesteś pod wpływem urządzenia, innowacyjne myślenie się nie uruchomi.
Absolutnie nie powinniśmy ładować urządzeń w pobliżu łóżka, w którym śpimy. Telefon powinien się ładować w salonie. Zabierz pokusę! Gdy nie możesz zasnąć, nie wyciągniesz telefonu (co tylko cię jeszcze bardziej rozbudza). Jeżeli telefon jest w pokoju obok... Serio, kupcie sobie budzik.